Po niesławnym laniu, jakie dostaliśmy w Kaszowie, przyjechał do nas na Płaszów lider naszej ligi, zespół Liszczanki. Nie mogło być lepszej okazji do rehabilitacji.
Pierwsze pięć minut to atak gości, którzy uznali, że można nam strzelić sporo bramek, więc trzeba to zacząć robić od pierwszych minut. Raz było w tym czasie groźnie pod naszą bramką, ale w ciągu następnych kilkunastu minut szybko ostudziliśmy zapędy gości. Zaczął Sebastian Sajnog, który urwał się na lewym skrzydle obronie rywali, dograł płasko w pole karne, ale zamykający akcje niepilnowany Krystian Stach w idealnej sytuacji strzelił z 10 metrów wprost w bramkarza. Po chwili, po rzucie wolnym Pawła Zdebskiego w polu karnym zabrał się z piłką Krzysiek Pazdyk, jednak jego uderzenie z 8 metrów sparował dobrze broniący Woźniak. Trzecią sytuację już wykorzystaliśmy: szybkie rozegranie w środku pola i Przemek Kubusiak znalazł prostopadłym podaniem lukę w obronie Liszczanki. Sebastian Sajnog był zbyt szybki dla obrońców, ładnie zabrał się z piłką przed obrońcę i w sytuacji sam na sam strzelił pod bramkarzem do siatki.
Mocno zaskoczeni takim obrotem sprawy goście nie mogli znaleźć swojego rytmu gry, a nam grało się naprawdę dobrze. Dobre akcje skrzydłami Sebastiana Sajnoga i Przemka Kubusiaka rozrywały obronę gości, choć czystych sytuacji z tych akcji już nie mieliśmy.
Gracze z Liszek zaczęli przejmować inicjatywę od 30 minuty. Raz, że nacisnęli mocniej w środku, dwa, że pojawiło się sporo niedokładności w środku pola i zbyt łatwo oddawaliśmy piłkę rywalom. Trudno przychodziło im przedostawanie się pod naszą bramkę, ale kiedy im się udawało było wówczas bardzo groźnie. Najpierw w sytuacji sam na sam świetną interwencją uchronił nas przed stratą gola Piotrek Mazur, a potem, po rzucie rożnym, z pięciu metrów zawodnik gości główkował minimalnie obok słupka.
Przewaga gości przewagą, ale dawało nam to okazje do kontrataków. Trzykrotnie wyszliśmy dobrze z piłką po przechwytach i trzykrotnie zmarnowaliśmy te okazje niedokładnymi podaniami. Szkoda, bo okazje na stworzenie stuprocentowych sytuacji były znakomite.
Przewaga Liszczanki przyniosła im niestety wyrównującą bramkę. Bardzo ładne prostopadłe podanie w pole karne otworzyło drogę do bramki jednemu z graczy gości, który w sytuacji sam na sam pewnie strzelił do siatki.
Druga połowa rozpoczęła się tak jak pierwsza: najpierw kilka minut przewagi rywali, potem znowu nasze dobre akcje. Blisko kolejnej bramki był Sebastian Sajnog, który po dośrodkowaniu Przemka Kubusiaka i błędzie obrońcy odbił piłkę w stronę bramki, ale bramkarz gości był dobrze ustawiony. Potem świetne rozegranie Kamila Stepaniaka na 30 metrze otworzyło drogę do bramki Dominikowi Bąkowi. Dominik dograł jeszcze na 16 metr do Przemka Kubusiaka, który jednak w świetnej sytuacji strzelił nieprecyzyjnie i bramkarz nie miał kłopotów z obroną tego uderzenia. I nagle straciliśmy bramkę. Błąd w kryciu przy rzucie rożnym, główka z 6 merów w długi róg i musieliśmy gonić wynik.
Po objęciu prowadzenia Liszczanka cofnęła się i zaczęła grać z kontry, a my musieliśmy szukać sposobów na rozbicie zagęszczonej defensywy. Trzeba przyznać, że szło nam to nie najlepiej. Za to gościom gra z kontry wychodziła całkiem dobrze. Skórę ratowała nam obrona i świetne interwencje Piotrka Mazura, który ponownie wygrał pojedynek sam na sam i pewnie wyłapywał dośrodkowania w pole karne. Innym razem solową akcję Wojciechowskiego znakomitym wślizgiem przerwał w ostatniej chwili Maciek Roda, kiedy napastnik Liszczanki po minięciu 4 naszych graczy miał już przed sobą tylko Piotrka Mazura.
Wyrównaliśmy po pierwszej składnej kontrze. Sprytne podanie ze środka pola trafiło na lewe skrzydło do Sebastiana Sajnoga, który podciągnął kilkanaście metrów i dograł przed szesnastkę do Przemka Kubusiaka, ten uprzedził bramkarza, strzelił ponad nim i piłka powolutku wturlała się do siatki.
W ostatnich 10 minutach obydwie drużyny walczyły o 3 punkty i stworzyły sobie ku temu doskonałe okazje. Maciek Kofin najpierw świetnie wrzucił piłkę z rzutu wolnego i Przemek Kubusiak główkował pod poprzeczkę, ale świetnie interweniował bramkarz Liszczanki. Potem Maciek Kofin idealnie dograł piłkę z rzutu rożnego na głowę Kamila Stepaniaka, który, niepilnowany, z kilku metrów uderzył obok słupka. Równie doskonałą sytuacje mieli goście, choć pomógł im w jej stworzeniu sędzia, który nie dostrzegł faulu napastnika gości i Wojciechowski miał przed sobą pustą bramkę i - trudno w to uwierzyć - ale stojąc 10 metrów przed nią, strzelił obok słupka. W ostatniej akcji meczu dobrze przedzierał się prawą stroną pola karnego skrzydłowy Liszczanki, przewrócił się na nogach Maćka Rody, ale sędzia nie zdecydował się na podyktowanie karnego.
Niezły mecz w naszym wykonaniu. Była walka, zaangażowanie i pomoc kolegom. Było sporo dobrych akcji. Wciąż do poprawy rozegranie w środku pola i krycie przy stałych fragmentach gry. Jeszcze cztery mecze do końca rundy i przy takiej grze, duża szansa na zebranie minimum 10 punktów.
Po kompromitująco słabym meczu z Płomieniem Kostrze, o którym nawet nie warto było napisać jednego zdania (bo i po co się jeszcze raz denerwować), pojechaliśmy zagrać mecz z Wisłą Jeziorzany na zdecydowanie najlepszym boisku w tej lidze: równiutkim, szerokim, po prostu takim, na którym aż chce się grać.
Tylko przez pierwszych kilka minut lekką przewagę mieli gospodarze. Ale kiedy tylko zaczęła nam się bardziej kleić gra w środku pola, szybko okazało się, że gracze Wisły nie mają żadnego specjalnego pomysłu jak sobie z nami poradzić. My z kolei graliśmy sporo piłką, próbując szybkimi podaniami oszukać dziurawą obronę rywali. Już pierwsze zagranie Przemka Kubusiaka do wybiegającego za obronę Maćka Kofina dało nam sytuacje sam na sam, przerwaną jednak przez sędziego, który zasygnalizował spalonego, a moim zdaniem nie miał racji. Kilka minut potem znakomite podanie Kamila Stepaniaka otworzyło drogę do bramki Przemkowi Kubusiakowi, który jednak w sytuacji sam na sam strzelił z 14 metrów minimalnie obok słupka.
I kiedy wszystko zaczęło układać się po naszej myśli w piętnaści minut straciliśmy trzy bramki. Dokładniej rzecz ujmując strzeliliśmy je sobie praktycznie sami. Najpierw długa, niegroźna piłka ze środka pola nie została wybita przez obrońców i nieoczekiwanie dla samego siebie na 10 metrze przed naszą bramką znalazł się niepilnowany napastnik Wisły. Przyjął, strzelił i było jeden do tyłu. Kilka minut później po wrzutce z rzutu wolnego pozwoliliśmy na strącenie piłki przez jednego z graczy rywali, Piotrek Mazur źle obliczył lot piłki i ta wpadła do bramki tuż przy słupku. Trzecia bramka wpadła po błędzie w kryciu w środku pola i ładne prostopadłe podanie do wychodzącego napastnika, ten zamienił na bramkę.
Otrząśnięcie się po tych trzech ciosach zajęło nam kilka minut. Znów opanowaliśmy środek pola i już pierwsza kombinacja w środku pola dała nam bramkę. Przemek Kubusiak zagrał idealnie w tempo prostopadłą piłkę za obronę, a włączający się z drugiej linii Dominik Bąk w sytuacji sam na sam pewnie pokonał bramkarza. Kilka minut później świetnie wykonał rzut wolny Mateusz Roda i do ostro wrzuconej na piąty metr piłki pierwszy doszedł Krystian Stach. Pierwszy jego strzał trafił w bramkarza, ale dobitka już do siatki. Całkowicie straty mogliśmy odrobić już dwie minuty później. Kapitalnie zagrana kontra, Przemek Kubusiak z prawej strony zagrał idealnego crossa do włączającego się z lewej strony Tomka Pieczonki, który świetnym przyjęciem wszedł przed obrońcę, ale przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem.
Na drugą połowę gospodarze wyszli ustawieni inaczej. Cofnięci bliżej swojej bramki uniemożliwiali nam zagrywanie prostopadłych piłek za obrońców, a sami grali z kontry. To nas wybijało z rytmu. Mieliśmy dłużej piłkę, częściej atakowaliśmy, ale wszystko to przychodziło z większym trudem niż w pierwszej połowie. Cały czas musieliśmy też uważać na kontry, po których co najmniej trzykrotnie było bardzo groźnie pod naszą bramką, ale Piotrek Mazur był bezbłędny w swoich interwencjach. Na więcej graczom Wisły nie pozwoliliśmy, w czym ogromna zasługa Rafała Banta, czyszczącego wszystkie możliwe piłki i Tomka Pieczonki, który przerywał seriami akcje rywali.
Tworzenie sytuacji strzeleckich szło nam opornie, ale cztery razy nam się udało, niestety bez efektu bramkowego. Pierwszą sytuację miał Maciek Kofin, który dostał prostopadłą piłkę ze środka pola, wbiegł w pole karne, ale wybrał trudne rozwiązanie, próbując strzelać po długim rogu w okienko i niestety pomylił się o metr. Drugą sytuację zepsuła nam sędzina liniowa, która ładną dwójkową akcję z klepki Przemka Kubusiaka i Kamila Stepaniaka przerwała absurdalnym wskazaniem spalonego. Trzecia sytuacja była idealna: płaskie dośrodkowanie Pawła Zdebskiego trafiło na 7 metr pod nogi nabiegającego Kamila Stepaniaka, który niestety trafił wprost w bramkarza. Ostatnią sytuację mieliśmy po akcji lewą stroną Mateusza Rody i jego świetnym dośrodkowaniu, po którym Przemek Kubusiak nie trafił czysto w piłkę głową.
Żal, żal i jeszcze raz żal straconych punktów. Gra bardzo przyzwoita, fragmentami nawet bardzo dobra, sporo czystych sytuacji i nie mamy nawet punktu. Szkoda. Bardzo cieszy natomiast zaangażowanie, dobra współpraca zawodników i waleczność. Jeśli wyeliminujemy niewymuszone błędy w grze defensywnej to w najbliższych meczach z nawiązką te stracone dzisiaj punkty odrobimy.
W upalne niedzielne południe wybraliśmy się na wyjazdowy mecz z Gajowianką. Po długiej i ciekawej podróży z Krakowa do Gaju przez Sidzinę, Brzyczynę, Korabniki, Libertów i Brzezinkę, dzięki której każdy z naszych zawodników spełnił wszystkie warunki ubiegania się o Regionalną Odznakę Krajoznawczą PTTK "Miłośnik Ziemi Mogilańskiej", już po niecałej godzinie dotarliśmy do celu.
Pierwsze dwadzieścia minut gry w naszym wykonaniu przypominały bardziej piknikowe granie, a nie poważny mecz. Brak pomysłu na grę, straty w środku pola, krycie na radar i aż nadto widoczny brak koncentracji. Mecz miał się chyba sam wygrać a tu nagle okazało się, że musimy odrabiać dwubramkową stratę. Gospodarze prostymi środkami przenosili grę w nasze pole karne wykorzystując nasze straty w środku pola. Już w drugiej minucie w sytuacji sam na sam trafili w słupek, a pięć minut później po naszej stracie na 40 metrze od bramki i natychmiastowym zagraniu do napastnika, ten strzelił z 16 metrów po długim rogu trafiając do siatki. W 28 minucie po wrzutce z rzutu wolnego i naszym błędzie w polu karnym z metra piłkę do bramki wepchnął zamykający akcję gracz Gajowianki.
Do tego momentu nasze osiągnięcia w ataku to zablokowany strzał Przemka Kubusiaka po jego indywidualnej akcji w polu karnym, dobra sytuacja Krystiana Stacha po akcji lewym skrzydłem, którego powstrzymał dobrym wyjściem bramkarz oraz rzut rożny wykonany przez Mateusza Rodę, po którym piłka przeszła przez całe pole bramkowe a nikt z nas nie zdążył z kilku metrów skierować jej do siatki.
Po stracie drugiej bramki wreszcie zrozumieliśmy, że samo nic się nie zrobi. Kontaktową bramkę strzeliliśmy bardzo szybko. Paweł Kasprzyk ograł przy końcowej linii pola karnego dwóch obrońców, dograł na czwarty metr do Przemka Kubusiaka, który bez problemu strzelił do siatki. Piłka w końcu zaczęła szybciej i dokładniej krążyć między nami, więc i łatwiej nam było tworzyć kolejne sytuacje. Najpierw kończyły się one rzutami rożnymi i niedokładnymi dograniami w szesnastkę, ale z minuty na minutę spychaliśmy rywali coraz głębiej do obrony. W końcówce pierwszej połowy stworzyliśmy dwie świetne sytuacje. Najpierw na lewym skrzydle Dominik Bąk i Sebastian Sajnog rozklepali w obronę Gajowianki i Sebastian wpadł w pole karne, jednak zbyt lekko dograł piłkę do środka. W kolejnej akcji lewą stroną samotnie popędził Krystian Stach, złamał akcję na prawą nogę w polu karnym i został wówczas uderzony w kość jarzmową (przypadkowo) przez obrońcę Gajowianki. Krystian do gry już niestety nie mógł wrócić, ale karnego pewnie wykorzystał Paweł Kasprzyk.
Gra w drugiej połowie toczyła się już pod nasze dyktando. Dokładne podania, wychodzenie na pozycje, dobrze działające skrzydła, wysoki pressing i sytuacje bramkowe zaczęły się pojawiać raz za razem. Na lewej stronie nie do zatrzymania dla obrońców był Sebastian Sajnog, który z łatwością mijał po dwóch-trzech rywali. W 55 min po jednej z takich akcji znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem, ale wracający obrońca zblokował jego strzał. Trzecią bramkę strzeliliśmy po akcji prawym skrzydłem. Tam dobrym podaniem Maciek Kofin uwolnił Pawła Zdebskiego, który dokładnie dośrodkował w pole karne i Przemek Kubusiak ładną główką pokonał bramkarza. Czwartą bramkę strzelił Paweł Zdebski, który wykończył bardzo dobrą akcją zapoczątkowaną przez Pawła Kasprzyka po lewej stronie boiska podaniem do Przemka Kubusiaka, ten szybko zgrał do podchodzącego do gry Dominika Bąka, a Dominik idealnie w tempo zagrał na 14 metr do zbiegającego w pole karne ze skrzydła Pawła Zdebskiego. Paweł przyjął piłkę i z lewej nogi strzelił obok bramkarza.
Ale najładniejszą bramkę zdobył w końcówce meczu Maciek Kofin. Najpierw na 30 metrze od bramki rywali, ograł na małej przestrzeni jak dzieci trzech przeciwników i potężnym, niesygnalizowanym strzałem wpakował piłkę pod poprzeczkę bramki Gajowianki.
Syci wrażeń piłkarskich i turystycznych, wróciliśmy zadowoleni na Płaszów z trzema punktami. Tylko Kuba trochę żałuje, że nie udało nam się odwiedzić przy okazji tego wyjazdu jeszcze Lusiny, Kulerzowa i malowniczych Chorowic, które mogliśmy tylko podziwiać z oddali, siedząc w samochodach na brzyczyńskich wzgórzach.
W skwarny sierpniowy dzień, trzy dni po dołującej porażce z Victorią podejmowaliśmy na naszym boisku rezerwy Lotnika Kryspinów. Nasze mecze z tą drużyną wspominamy piłkarsko bardzo przyjemnie: dobre mecze, w których próbowaliśmy się nawzajem przechytrzyć przygotowanymi akcjami, mecze, w których trzeba było używać sporo piłkarskiej wyobraźni a nie kopać i biec.
Dzisiaj było trochę inaczej. Lotnik grał swoje: dokładnie przygotowywane akcje, długie utrzymywanie się przy piłce a potem przyspieszenie gry w miarę zbliżania się do naszego pola karnego. Pierwsze dwie części wykonywali dobrze, ale na dobre wykonanie ostatniej nie pozwalała nasza obrona, która po powrocie Maćka Rody znów grała bardzo pewnie, kasując akcje gości przed linią szesnastki. My graliśmy inaczej (od siebie dodam: niestety): więcej długich zagrań, szybkie akcje zaczepne i czyhanie na błąd rywali.
Przez pierwsze pół godziny przeważali goście, a nasze ataki łamały się regularnie na 40 metrze od bramki rywala. Zmieniło się to dopiero w ostatnim kwadransie pierwszej połowy. Kilka dobrych rozegrań uwolniło wreszcie skrzydłowych i obrona Lotnika musiała cofnąć się o kilkanaście metrów. Gra przeniosła się, więc do środka pola a stamtąd zdecydowanie łatwiej było nam zagrażać bramce rywali. Do końca pierwszej części mieliśmy dwie dobre sytuacje. Lewą stroną poszedł do linii końcowej Rafał Banta, dograł płasko w pole bramkowe i naprawdę nie wiem, dlaczego piłka nie znalazła się w bramce. Potem po dobrym dośrodkowaniu z rzutu rożnego Mateusz Rody, Sebastian Sajnog trafił w poprzeczkę.
Pierwsze 15 minut drugiej połowy to znowu walka w środku pola bez żadnych sytuacji bramkowych, Potem w kilkanaście minut mieliśmy cztery znakomite okazje bramkowe. Najpierw po świetnym dośrodkowaniu Sebastiana Sajnoga z prawego skrzydła, zamykający akcję, zupełnie niepilnowany kilka metrów od bramki, Mateusz Roda źle trafił w piłkę.
Potem, po dobrze rozegranej kontrze, Dominik Bąk, idealnie zagrał do Emila Szałęgi, który w sytuacji sam na sam z bramkarzem źle opanował piłkę i bramkarz Lotnika zdążył z interwencją. Dwa razy na bramkę gości popędzili samotnie Paweł Kasprzyk i Krystian Stach, ale dobre interwencje wracających obrońców nie pozwoliły im na oddanie strzału.
Bramkę straciliśmy w bardzo głupi sposób. Po dobrze rozegranej akcji i dośrodkowaniu z prawego skrzydła, strzelając z kilku metrów nie trafił w piłkę Maciek Kofin, potem z zamieszania pod bramką goście wyszli z kontrą dwóch na, dwóch ponieważ jak się okazało w atak zaangażowała się cała reszta naszych graczy. Ładny drybling w polu karnym napastnika Lotnika i precyzyjny strzał po długim rogu dał gościom prowadzenie.
Wyrównaliśmy 10 minut później. Dobra akcja środkiem pola, Paweł Kasprzyk podciągnął do szesnastki, klepką z Mateuszem Rodą ograł linię obrony gości i w sytuacji sam na sam z bramkarzem Paweł strzałem po krótkim rogu dał nam wyrównanie.
Jeszcze mieliśmy szanse na trzy punkty. Podanie z głębi pola trafiło na 14 metr do Marcina Kani, który lobował wychodzącego wysoko bramkarza, ale pomylił się o kilka metrów.
Tak do końca nie wiemy, czy straciliśmy dwa punkty, czy odzyskaliśmy w końcówce jeden. Wiemy jednak, że cały czas mamy kłopoty z utrzymaniem piłki, cierpliwy konstruowaniem akcji i wyprowadzaniem piłki od tyłu. A skoro to wiemy, to będziemy nad tym pracować.